Klubowiczka miesiąca Grudnia

Agnieszka Jarzęcka

Naprawdę długi okres zajęło mi zebranie w sobie, aby udać się tutaj. Przez kilka lat z tyłu mojej głowy krążyły mgliste plany, aby w końcu wziąć się za siebie, ruszyć tyłek i zadbać o swoją figurę, formę i zdrowie. Był moment, gdy przez rok - dwa biegałam i naprawdę mi się to podobało, jednak jak widać, szybko przestałam. Uprawiałam różne serie ćwiczeń z trenerami z filmów dostępnych w sieci, ale również ten pomysł szybko wyleciał z mojej głowy. Krótko mówiąc, miałam słomiany zapał. Czas mijał, a mój metabolizm coraz bardziej zwalniał, do tego moja córka lubi piec od czasu do czasu, więc boczki i inne atrybuty osoby lubiącej dobrej jedzenie prędko zaczęły się uwidaczniać. Codziennie powtarzałam sobie, że muszę coś z tym zrobić, ale zawsze kończyło się to tylko na myślach, ewentualnie przypomnieniu zapisanej na kartce, którą szybko wyrzucałam lub gubiła się w otchłani mojej torebki (każdy wie, że torebka jest niczym bezdenna otchłań). Pewnego dnia przechodziłam ulicą, gdy w oczy rzuciła mi się reklama, szyld siłowni? - nie pamiętam dokładnie, ale pchnął mnie impuls. Stwierdziłam, czemu nie? Przyszłam pierwszy raz i całkiem mi się spodobało - a to sporo jak na osobę, której relacje z ruchem są bardzo różne. Potem zawitałam po raz kolejny i kolejny, uwzięłam się i nie chciałam, aby znowu poddać się w połowie. Na samym początku nie wierzyłam, że np. takie zmiany ćwiczeń cokolwiek dają - czy w ogóle same ćwiczenia. Były krótkie, więc idealne dla zajętej osoby, ale nie czułam jakby cokolwiek się zmieniło. A jednak nie. Gdy przy normalnych ćwiczeniach, biegu, rowerze szybko nudziłam się rutyną, zaprzestawałam, bo zwyczajnie czułam się znużona, tutaj zmiany sprawiły, że czerpałam nawet minimalną radość z tego ruchu. Bądź gdy trenerki wprowadzały bardziej skomplikowane ćwiczenia, a mi udawało się je wykonać, to też motywowało. Potem nadeszło pierwsze mierzenie i mimo że na wadze nic się nie zmieniło, ubyło mi centymetrów. Dobrym pomysłem są drobne nagrody co wykorzystanie karnetu - niby małe coś, ale jednak cieszy człowieka - ludzie lubią być nagradzani. Do tego moja córka (ta okropna od ciast) chętnie skorzystała z takich maseczek. To, że trenerki są kontaktowe i przyjazne również zachęca do przychodzenia. Całkiem szybko zauważyłam, że staję się bardziej energiczna, nie tak zmęczona i wreszcie mogę rozprostować kończyny po całym dniu w pracy. W końcu złapałam jakąś kondycję. Te ćwiczenia dają mi niezłą satysfakcję, że znęcam się nad swoim tłuszczem, wyładowuje energię i emocje i jeszcze coś zyskuję. Mój humor ulega poprawie, a ja mogę wydusić z siebie nadmiar płynów, lipidów i węglowodanów (zwłaszcza po świętach). Więc tak, nie żałuję, że zaczęłam moją przygodę z Miss Sporty i tego, że trwa ona do dziś.

09. stycznia 2018 r.
Zamknij menu