Klubowiczka miesiąca - CZERWIEC 2016

Aldona Zawadzka

Dobrze, że jest Mrs. Sporty

Kiedy dowiedziałam się,  że  zostałam klubowiczką miesiąca pomyślałam sobie, ze zawsze lubiłam maj, ale ten z 2016 r. wspominać będę szczególnie. Początkiem maja skończyłam 40 lat i czuję się z tym super. Tyle się tego dnia  działo fantastycznych rzeczy, że wieczorem poryczałam się ze szczęścia. Nie rozgłaszałam, a pamiętali wszyscy – rodzina, znajomi, koleżanki i koledzy z pracy i oczywiście Mrs. Sporty. Później było jeszcze mnóstwo fajnych wydarzeń. Teraz zbliża się koniec tego pięknego miesiąca kwitnących kasztanów, bzów i akacji, a ja piszę swoją historię, ponieważ 26 maja – kolejna wspaniała data – Dzień Matki, otrzymałam info o zostaniu Klubowiczką miesiąca. Zatkało mnie….i zaraz zrobiło się głupio, bo przed odczytaniem emaila  z taką wiadomością pochłonęłam puchar lodów. Do końca dnia „jechałam” tylko na sałacie. Ale jestem tylko człowiekiem, który jak każdy ma swoje grzeszki.

 

Moja przygoda z Mrs. Sporty w Starej Miłosnej rozpoczęła się początkiem 2015 r. Strasznie przytyłam. Z rozmiaru 36/38 skoczyłam do 44/46. Zgubne w takich skutkach okazało się studiowanie kolejnego fakultetu. Praca, dom, dzieci…na uczenie się pozostawały noce. Podjadałam, żeby nie spać nad książkami i nie były to zdrowe przekąski. Efekty na uczelni – super, ale waga….lepiej nie mówić….szła do przodu jak burza. Czułam się źle – fizycznie i psychicznie. Denerwowały mnie moje ulubione ubrania, które mieściły się na jedną nogę, dały się założyć tylko do połowy i strzelały guzikami. Do tego doszły dolegliwości żołądkowe, brak sił, apatia i wieczne zmęczenie. Nawet mój mąż, który lubi kobiety o pełniejszych kształtach, stwierdził że jest mnie „dużo”. Powiedziałam sobie dość. Postanowiłam zacząć ćwiczyć, ale tak samej w domu jakoś nie wychodziło. Szukałam takiego miejsca, które nie ograniczałoby mnie konkretnymi terminami treningów, nie narzucało sztywnej atmosfery i pozwoliło efektywnie zrzucić te nadkilogramy, tak żeby nie wróciły. Tak znalazłam Mrs. Sporty. Niedaleko domu, z elastycznymi godzinami ćwiczeń i super atmosferą. Przyszłam na trening próbny i zostałam. Początki były trudne. Po wstępnej euforii przyszło zniechęcenie, później choróbska całej rodziny, przerwy w treningach, a nawet myśli żeby się z tego w ogóle wypisać. Ale na to nie pozwoliła nasza Beata i trenerki, które telefonicznie monitowały sytuację i zachęcały do przychodzenia na treningi. I jakoś poszło. Teraz jestem im za to bardzo wdzięczna. To też świadczy, że nie jesteśmy w tym klubie anonimowe. Trening w Mrs. Sporty pozwolił mi zdobyć formę, zgubić kilkanaście kilogramów i centymetrów i ujędrnić skórę. Z uwagi na moją pracę jest dla mnie formą odreagowania  i walki ze stresem i złymi emocjami.  Mrs. Sporty to nie tylko ćwiczenia, to także wspólne spotkania okolicznościowe, wypady  rowerowe, dodatkowe ćwiczenia po godzinach działania klubu – i mój ukochany Thera Band oraz to co niezwykle ważne – nauka zdrowego sposobu odżywiania się (wieczorki i program żywieniowy). Generalnie to czego nie zaoferuje Wam zwykła siłownia i fitness.

Fajnie jest słyszeć wokół „ale schudłaś”, „jak to zrobiłaś, „co robisz, że chudniesz?”, „jakoś tak promienniej wyglądasz”. A ja odpowiadam, że jest takie miejsce jak Mrs. Sporty, gdzie czuję się swobodnie, gdzie nie ważne są markowe stroje sportowe zgodne z najnowszymi trendami, gdzie nie ma szyderczych spojrzeń szczuplutkich dziewcząt, gdzie po prostu wszyscy są równi bez względu na wiek, wagę, wygląd, wykształcenie. Przychodzimy wszystkie po formę, poprawę sylwetki, relaks po ciężkim dniu lub rano po siły napędowe i uczymy się zdrowo żyć i dbać o siebie dla samych siebie i naszych bliskich.

Dziewczyny, jeśli nie chcecie:

     

  •         siedząc trzymać brzucha na kolanach,
  •        łapać zadyszki wchodząc na III piętro i wyżej lub biegnąc do autobusu
  •       unikać lustra i wszystkich innych miejsc, w których zobaczycie swoje odbicie,
  •  

 

 

a chcecie czuć się fajnie, zdrowo, lubić siebie, mieć energię i witalność  bądźcie z Mrs. Sporty. Ja jestem i nie żałuję,  cieszę się z tego co udało mi się osiągnąć, choć to nie jest jeszcze w pełni to co sobie postanowiłam. A nabyte tu nawyki żywieniowe przeniosłam do domu, podobnie jak radość, uśmiech i energię. I jakoś nikt w domu nie narzeka wcinając marchewkę zamiast chipsów. Sporo jeszcze pracy przede mną, ale wierzę że uda mi się osiągnąć wymarzony efekt.

Pozdrawiam

 

Aldona

31. maja 2016 r.
Zamknij menu